Wpisany przez Aneta Wielgosz czwartek, 13 stycznia 2011 19:18
Jerzy Kosiński to zagadka wciąż nierozwiązana. Ani przez zafascynowanych nim niegdyś Amerykanów, ani przez rodaków, próbujących rozszyfrować tego pisarza mistyfikatora, stającego w jednym rzędzie z innymi dwudziestowiecznymi literatami, dla których nie tylko fikcja literacka, ale i teatr dnia codziennego były esencją poprzedzającą egzystencję.Wielokrotnie próbowano dobrać się do tej biografii tak niezwykłej, że aż nieprawdopodobnej. Jej szczegóły Kosiński umiejętnie przyrządzał lub usuwał z pola widzenia w zależności od potrzeb własnych i od artystycznej koniunktury. Słynna kiedyś książka Joanny Siedleckiej („Czarny ptasior”) była świetnym przykładem zarówno zapału we wnikliwym oddzielaniu faktów od mitów, jak i porażki w ostatecznym dotarciu do prawdy. Zresztą, czy w życiu Kosińskiego takie pojęcie w ogóle miało rację bytu?
Od szokującego debiutu („Malowany ptak”) rodziły się ciągłe wątpliwości. Czy powieść rzeczywiście miała charakter autobiograficzny? Czy chłopiec faktycznie przeszedł przez tak wiele okrucieństw, komasujących się wokół niego niczym wokół Hioba? A z drugiej strony: czy aby na pewno Kosiński samodzielnie tę książkę – od razu po angielsku! – napisał? Te dociekania towarzyszyły mu przez całą późniejszą karierę, a niedługo przed śmiercią zaczynały graniczyć niemal z pewnością, że możemy mieć do czynienia z mistyfikacją.
I któż mógłby się dziś zmierzyć ponownie z takim tematem lepiej niż Janusz Głowacki? Sam poznał Amerykę od podszewki. Mało tego: nikt z polskich pisarzy, jak on, nie wszedł tak głęboko w artystyczne kręgi nowojorczyków. Nikt nie zna tak dobrze kulisów kariery w „amerykańskim śnie”, krążącej między sukcesem a sięganiem dna. Ale jest jeszcze inny aspekt: przecież także Głowacki to mistrz kreacji, znakomicie panujący nie tylko nad warsztatem literackim, ale i nad emocjami swoich czytelników lub rozmówców. Dlatego zetknięcie takich dwóch „gorących” polsko-amerykańskich nazwisk w jednej książce musi, już z definicji, być wydarzeniem. A doszło do tego spotkania w książce Janusza Głowackiego „Good night, Dżerzi” (Wydawnictwo Świat Książki).
Autor nie sili się na kolejne śledztwo, snucie prywatnych przypuszczeń, tworzenie własnej teorii spiskowej. Od razu też czujemy, że z tej historii nie będzie dobrego wyjścia – jak nie było go w życiu Kosińskiego. Grzebanie się w biografii Kosińskiego będzie ciągłym odbijaniem się od pancernej szyby iluzji, za którą, w bezpiecznej odległości, umieszczono obraz artysty (jedna z postaci mówi tu do autora „Malowanego ptaka”: „pana właściwie nie ma, pan jest kreacją”).
Książka Głowackiego, obok niewątpliwej fascynacji samym tematem, opiera się też na pomyśle formalnym: oto mamy do czynienia z narratorem-autorem, który przygotowuje na zamówienie scenariusz (filmu? sztuki teatralnej? widowiska?) o Kosińskim. Stąd taki wycinkowy, epizodyczny, rwany wątek głównej opowieści i niejednorodność stylu. I choć z góry domyślamy się, że ani happy endu, ani żadnego „endu” nie będzie, ta imponująca zabawa strukturą w pełni satysfakcjonuje. Choć – ostrzegam – nie jest to lektura dla każdego. I, broń Boże, nie do poduszki.
Tomasz Chomiszczak
| « poprzednia | następna » |
|---|
ARTYKUŁ SPONSOROWANY
Kolektory słoneczne – duży komfort, ogromne oszczędności. Przyszła wiosna, czas aby pomyśleć o tym, co moglibyśmy zmienić w naszych domach. Może w tym roku warto zainwestować w coś, co szybko nam się zwróci a jednocześnie znacząco podwyższy standard naszego codziennego życia? Więcej przeczytasz tutaj.

Nowe mieszkania w centrum Zagórza! W Zagórzu na swoich właścicieli czeka osiem nowoczesnych, przestronnych i komfortowych mieszkań. Znajdują się one w idealnej okolicy, w samym centrum miasta. Więcej przeczytasz tutaj.














