Wpisany przez Aneta Wielgosz czwartek, 18 listopada 2010 08:46
Jeśli to listopad, znowu czytamy Mariana Pankowskiego. Brzmi to prawie jak slogan reklamowy, ale taka jest prawda: regularność wydawania kolejnych książek, do jakiej ostatnio przyzwyczaił nas autor „Granatowego Goździka”, jest doprawdy godna podziwu.Po prawdzie nie jest to, jak i wiele razy wcześniej, zupełnie premierowy tekst, bo stało się niemal równie ważną tradycją, że miesięcznik „Twórczość” stara się publikować wszystko, co Pankowski napisze i prześle do redakcji. Po drugie, trudno w tym przypadku mówić nawet o miniaturowej powieści: to jednak raczej opowiadanie, chociaż… jak to z mistrzami słowa bywa, kłopot klasyfikacji gatunkowej pozostanie.
No bo jakże to: na ledwie sześćdziesięciu paru małych stronach zawrzeć tak wiele? Potrafić krótko, acz intensywnie zaszeleścić dawnymi słowami jak urokliwymi, jesiennymi liśćmi, a jednocześnie pobawić się zupełnie współczesną formą, w której narrator raz po raz wychodzi poza swoją rolę, świadomy, że komponuje fikcję na oczach czytelnika? I do tego opowiedzieć historię „swoją-nie swoją”, jak powiedziałby sam autor, gdzie obok wyrazistych śladów biograficznych (sanocki klasztor franciszkanów i robotnicy „Wagonówki” śpiewający „Sowę na gaju”, ale też powracające echa Auschwitz) stać pisarza na rozbuchane, niemal historiozoficzne – ba, nawet quasi-teologiczne! – wątki, zrównujące historię osobistą z dziejami świata. Znowu u Pankowskiego „baśń” zderza się z „fizjologicznym teraz”.
A poza wszystkim – to wciąż ten sam, rozgrzany, wierzgający styl, pełen archaizmów, regionalizmów i neologizmów, niestroniący od słów dosadnych, ale wciąż pełnych smaków, zapachów i dźwięków. Znamienne jest chociażby owo opisanie zbierania się na burzę: „niebo się pochamarało”, pisze najpierw sanocko-brukselski autor, by potem zachwycić się brzmieniem słowa „ulewa”: „Kiedy językiem pogłaskałem w ustach jej polskie imię, pomyślało mi się: co za wdzięczny miłodźwięk!”.
A im bliżej końca, tym bardziej te słowa i zdania rymują mi się z dawną „Smagłą swobodą”. Dlaczego? Lapidarność tamtego tekstu, a jednocześnie jego mądrość w traktaty zamknięta, klarowność wypowiedzi zaopatrzonych w drobne śródtytuły, szalejąca lokalność i zdumiewające swą uniwersalną mądrością dywagacje pobrzmiewają także gdzieś tu, pośród linijek najnowszej opowieści, choć pomiędzy obydwoma utworami ponad pół wieku doświadczeń życiowych i literackich.
„Tratwa” to kolejna zatem książka, w której Pankowski pozostaje zarazem „nasz” – ukochany, sanocki, lokalno-patriotyczny – i absolutnie uniwersalny, śmiało sięgający aż po tajemnice Genesis czy zakamarki antycznych historii. I, jak zwykle, wprawia zarazem w zachwyt i w zakłopotanie.
Tomasz Chomiszczak
| « poprzednia | następna » |
|---|
ARTYKUŁ SPONSOROWANY
Kolektory słoneczne – duży komfort, ogromne oszczędności. Przyszła wiosna, czas aby pomyśleć o tym, co moglibyśmy zmienić w naszych domach. Może w tym roku warto zainwestować w coś, co szybko nam się zwróci a jednocześnie znacząco podwyższy standard naszego codziennego życia? Więcej przeczytasz tutaj.

Nowe mieszkania w centrum Zagórza! W Zagórzu na swoich właścicieli czeka osiem nowoczesnych, przestronnych i komfortowych mieszkań. Znajdują się one w idealnej okolicy, w samym centrum miasta. Więcej przeczytasz tutaj.














